Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraz/słowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraz/słowo. Pokaż wszystkie posty

Wszystkie drogi prowadzą do Firy (Santorini cz. 5 - i ostatnia :-)


Z pisaniem o Firze jest pewien problem. Mianowicie pod względem turystycznym to taka większa, mniej skondensowana Oia. Białe domki na zboczu kaldery – są. Port, do którego prowadzą dłuuugie schody – jest. Wąskie, strome uliczki – odhaczone. Liczne kościoły – jakżeby inaczej… Dlatego przedstawiając Firę nie da się uniknąć porównań czy wręcz powtórek.

Jak pisałam wcześniej, transport publiczny na wyspie jest zcentralizowany. Dlatego też każdy turysta poruszający się autobusem trafia do Firy i to zazwyczaj kilka razy. Sam dworzec to osobna historia, ale dzisiaj potraktuję go tylko jako punkt wyjścia. Drogowskazem jest wznosząca się nieopodal biała bryła kościoła. Świątynia stoi przy głównym deptaku prowadzącym po krawędzi kaldery przez niemal całe miasto i dalej. Właściwie z każdej strony rozpościerają się piękne widoki.

  Pomiędzy deptakiem a główną ulicą Firy znajduje się historyczna część miasta, bardzo mocno nastawiona na turystów. Dopiero trochę dalej można znaleźć „zwyczajne” sklepy, apteki czy zakłady usługowe. 




Za to kościoły są wszędzie - i to całkiem zróżnicowane ;-)


Wstęp do Santorini


O podróży do Grecji myślałam już od kilku lat, ale zawsze wygrywał jakiś inny kierunek. Mimo to próbowałam zorientować się w temacie, tak na wszelki wypadek. Lubię wyspy, a „Grecja” + „wyspa” nieuchronnie prowadzi do Santorini.  Ta nazwa pojawia się na wszystkich listach „najpiękniejszych”, „najmodniejszych”, „najbardziej wartych uwagi” greckich destynacji. Niestety, króluje też na liście destynacji najdroższych, a widoczne różnice w cenach pojawiają się już przy zakupie biletu lotniczego. Pandemia sporo jednak zmieniła, więc kiedy w zimowo – covidowej depresji przeglądałam oferty lotów i noclegów w różnych częściach świata, znalazłam też bilety na Santorini w dobrym wrześniowym terminie i w bardzo dobrej cenie. Dokonałam zakupu i przez kolejne miesiące wahałam się – jechać czy nie jechać? Zwłaszcza kiedy latem Grecja trafiła do czerwonej strefy WHO. Wszyscy krewni, znajomi i współpracownicy zostali dogłębnie poinformowani o moich rozterkach ;-). Także dzięki ich namowom zdecydowałam się zaryzykować i w połowie września wylądowałam – dosłownie i w przenośni – na hipotetycznej Atlantydzie.

Santoryn w obecnym kształcie jest „dziełem” potężnej erupcji, która zmieniła jedną dużą wyspę w kilka mniejszych. Jak można przeczytać w wiki: „Istniejąca przed ok. 1600 r. p.n.e. jedna wyspa (o nazwie podobno Strongili – „okrągła”) została w wyniku silnego wybuchu wulkanu zatopiona (…), pozostały tylko jej boczne fragmenty stanowiące dzisiaj wyspy.” Widać to wyraźnie w ukształtowaniu terenu: od strony wulkanu wznosi się bardzo stroma, miejscami pionowa kaldera, podczas gdy zewnętrzna część opada ku morzu w naturalny sposób. Ponadto na Therze występuje całkiem sporo górek i skalnych wzniesień, co warto mieć na uwadze wybierając miejsce na kwaterę. Może się okazać, że teoretyczne trzy kilometry to w rzeczywistości dziesięć. Doskonały przykład to dwie nadmorskie miejscowości – Kamari i Perissa. W linii prostej dzielą je jakieś dwa kilometry… oraz masywna góra. Najkrótsza trasa piesza to ponad 5 km z dość męczącą wspinaczką, podczas gdy samochód musi pokonać aż 12 kilometrów! Podobnie z hotelami i pokojami na kalderze. Widok piękny, ale dotarcie do niektórych miejsc z bagażami może być wyzwaniem.

Przykłady "schodkowej" zabudowy od strony kaldery


Wynajęcie samochodu/quada/motoru to na Santorini turystyczna norma. Dlatego też komunikacja publiczna jest dość ograniczona, a przy tym nieco specyficzna. Po pierwsze, wszystkie trasy zaczynają się (lub kończą) w stolicy wyspy Firze. Wymusza to przesiadki, ponieważ nie ma połączenia Kamari – Emporio, trzeba dojechać do Firy i tam złapać autobus do Emporio. Co wydaje się dość absurdalne, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary Santorini. Po drugie, rozkłady jazdy nie obejmują przystanków pośrednich, tzn. podane są godziny wyjazdu z punktu startowego i należy mniej więcej ocenić, kiedy pojazd dotrze do miejsca, w którym czekamy. Po trzecie, większość przystanków pośrednich funkcjonuje „na żądanie”, co sprawia, że czas przejazdu może się znacząco różnić, w zależności od tego, czy „stopów” będzie mniej czy więcej. Dlatego jeśli komuś zależy na dotarciu do celu o ściśle określonej godzinie to powinien uwzględnić porządny margines czasowy. W innym przypadku zostają drogie taksówki lub wynajęte samochody, ponieważ na wyspie nie ma prywatnej komunikacji publicznej typu polskie busy. 

  Teoretycznie w wiele miejsc można dotrzeć pieszo, ale nawet jeśli nie trafi się po drodze żadna góra to nie jest to rekomendowane doświadczenie. Typowych tras trekkingowych znajdziemy zaledwie kilka. Najczęściej droga prowadzi wzdłuż szosy... a właściwie szosą, bo na Santorini coś takiego jak pobocze właściwie nie funkcjonuje. Drogi są zbyt wąskie, dodatkowo tuż przy nich pojawiają się różne elementy utrudniające zejście z trasy - budynki, murki, krzaczory... Krótko pisząc, wędrowanie takim szlakiem jest nie tylko ryzykowne, ale i zwyczajnie nieprzyjemne.

Santorini to także znakomity przykład tego, jak obosieczną bronią może być turystyka. Na wyspie nie funkcjonuje właściwie nic innego, nawet winnice są w dużej mierze nastawione na przyjezdnych. A że mieliśmy kryzys gospodarczy (w Grecji szczególnie dotkliwy) i mamy pandemię to załamanie ekonomiczne widać gołym okiem. Przy czym trzeba podkreślić, że na Santorynie nadal jest wielu zwiedzających. Po prostu nie tak wielu, jak przed covidem. W rezultacie podaż przekracza popyt. Nie wystarcza turystów, by zapełnić restauracje, plaże i kwatery. Poza głównymi atrakcjami jest w miarę pusto, a podobno i w najbardziej obleganych miejscach nie ma takich tłumów, jak dwa lata temu. Są za to zamknięte lokale i porzucone inwestycje.

 

Pierwszego dnia nie trafiłam na kwarantannę, dotarłam na kwaterę,
rozpakowałam się, zrobiłam podstawowe zakupy i wykorzystałam Morze Egejskie w celu, do którego zostało stworzone. 

Było upalnie, choć na szczęście nie duszno. Przez cały pobyt gratulowałam sobie zakupienia wygodnego kapelusza – absolutna konieczność. Grecki wrzesień okazał się odpowiednikiem polskiego lata (w wersji maxi), co gorsza słońce przez kilka godzin świeciło niemal pionowo, więc z cieniem był problem. Poza tym nie ukrywajmy, jakby ktoś chciał nakręcić film o pustynnieniu Ziemi to jesienne Santorini nadaje się do tego idealnie. Zieleń tylko na niezbyt licznych drzewach i w przydomowych ogrodach, gleba wyschnięta na pył, krzewy i trawy w charakterze rudobrązowych badyli… Masakra. Najmilsza chwila podczas lotu powrotnego to ta, kiedy samolot wyszedł z chmur i za oknem pojawiły się wciąż jeszcze zielone polskie lasy.

Następny tydzień to spokojne zwiedzanie Santorini. Nie zrealizowałam w całości pierwotnych planów, ograniczyłam ambicje do kilku miejsc, na których mi szczególnie zależało. Wypadły między innymi stanowiska archeologiczne Akrotiri i starożytna Thera, w obu przypadkach dlatego, że dotarcie tam bez samochodu było nieopłacalne czasowo. Poza tym zależało mi, żeby prawie co dzień znaleźć trochę czasu na morze. Cóż, starość ma swoje prawa ;-) 

A o tym, co jednak udało mi się zobaczyć - w kolejnych wpisach.


Stara Nowa Praga czyli między metrami i Żabą ;-)


Warszawska Praga zasadniczo dzieli się na Południową i Północną. Jednak w obrębie tej drugiej dzielnicy znajdują się jeszcze dwie pod - Pragi: Stara i Nowa. O ile Stara Praga, obejmująca rejony ulicy Ząbkowskiej, staje się coraz popularniejsza, o tyle położony po drugiej stronie al. Solidarności obszar często umyka uwadze zwiedzających. A szkoda.


 

Na spacer po Nowej Pradze wybrałam się w niedzielę wczesnym rankiem, czyli około 9-tej. Nie tylko z powodu upału. Pisząc wprost - te okolice nie są szczególnie przyjazne dla spacerowiczów, zwłaszcza takich, którzy łażą po podwórkach i robią zdjęcia. Miałam nadzieję, że o tak nieludzkiej porze większość mieszkańców ciekawszych kamienic będzie spała i rzeczywiście, spotykałam głównie starsze panie oraz osoby z psami (albo dziećmi). 
 
Nowa Praga zyskała obecny kształt w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku, a jej rozwój był ściśle związany z rewolucją przemysłową. W 1862 roku ruszyła Kolej Warszawsko-Petersburska, w 1864 otwarto Most Kierbedzia, w 1866  uruchomiono tramwaj konny. Powstawały fabryki i zakłady, na czele z Warszawską Fabryką Stali. A wraz z przemysłem przyszli robotnicy, urzędnicy i kupcy, którzy musieli gdzieś mieszkać. Na początku XX w., po erze drewnianej, nastały kilkupiętrowe murowane kamienice. Niektóre - w różnym stanie - przetrwały do dziś. Kiedy w 1908 roku Nowa Praga została włączona do Warszawy była już całkiem dobrze rozwiniętą mini dzielnicą.
 
 Nowa Praga dziś jest dużo większa, ale historycznie zamykała się mniej - więcej w zaznaczonym na mapie trójkącie. Jeśli chodzi o zwiedzanie to odpada część północno - wschodnia, gdzie znajduje się hipermarket i zajezdnia autobusowa. Jednocześnie warto zauważyć, że interesujący obszar położony jest niemal dokładnie między trzema doskonałymi punktami komunikacyjnymi: Rondem Żaba oraz dwiema stacjami metra (Wileńska i Szwedzka).
 
Sam spacer można określić jako nieco kręty ;-)

O całej okolicy zrobiło się głośno po uruchomieniu praskiego odcinka metra, kiedy to okazało się, że wyjście ze stacji Szwedzka ulokowano w miejscu bardzo ciekawym, aczkolwiek niekoniecznie zachęcającym czy bezpiecznym. A mianowicie przy opuszczonych budynkach,  w których przed laty mieściła się m.in. Fabryka „Schicht” S.A., produkująca kultowe przedwojenne wyroby: mydło „Biały Jeleń”, oraz proszek piorący „Radion”. Po II wojnie światowej na tym terenie działało przedsiębiorstwo "Pollena - Uroda". Obecnie budynki są częściowo zniszczone, stąd kontrast, który zauważają wysiadający na Szwedzkiej pasażerowie metra.

Oczywiście okolica ma się "wkrótce" zmienić, a pofabryczny urbex przekształcić w kompleks "900 ekskluzywnych mieszkań na wynajem przypominające standardem hotel. Znajdą się tam też także punkty handlowe, restauracje i browar." Takiej metamorfozie ulegają już budynki położone nieco dalej od metra. Oto część "przed" rewitalizacją:

A to obszar "w trakcie":

Tymczasem wnętrza fabryki rzeczywiście nie wyglądają zachęcająco:


Co warto zobaczyć na Nowej Pradze? To, co chcemy ;-)

Na przykład:

Jeden dzień na szlaku św. Jakuba - Baskonia 2018

Planując urlopową wyprawę do Kraju Basków nie poświęcałam szczególnej uwagi szlakowi św. Jakuba, który (w jednej z wielu wersji) prowadzi wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii. Od dziecka nie miałam ciągot pielgrzymkowych, Santiago de Compostela nie było  dla mnie jakimś szczególnym miejscem, nawet osławionego „Pielgrzyma” Coelho nie czytałam. A jednak, kiedy już dotarłam do Baskonii, przekonałam się, że Camino de Santiago jest wszechobecne.  Co więcej, często przemierza się jego skrawki, zupełnie mimowolnie i nieświadomie...
Szlaków św. Jakuba jest wiele. Zaczynają się w najróżniejszych punktach globu, prowadzą w jedno miejsce – do rzekomego grobu apostoła Jakuba w Santiago de Compostela. Większość pielgrzymów przylatuje do Hiszpanii lub Portugalii i zalicza tylko trasę przez Półwysep Iberyjski, jednak wędrówkę można zacząć wszędzie – także w Polsce.

źródło
źródło
Przez Baskonię przechodzi Camino del Norte – Droga Północna. Ważna dawno temu, potem mocno zapomniana ze względu na nieprzyjazne środowisko i trudne warunki. W XXI wieku trasa odzyskuje popularność, zwłaszcza wśród pielgrzymo-turystów, dla których wędrówka jest okazją do zwiedzania ciekawych miejsc i podziwiania piękna przyrody. A tego w Kraju Basków nie brakuje. Szlak prowadzi górskimi ścieżkami wzdłuż linii klifów albo też brzegiem morza, zahaczając o historyczne atrakcje i piękne plaże.  
Znaczenie ma też zapewne bezpieczeństwo – przez długi czas symbolem tego rejonu była ETA, która obecnie zaprzestała działań zbrojnych. Mimo to tendencje separatystyczne i niepodległościowe są bardzo silne. Wyrażają się między innymi w kultywowanych przez Basków tradycjach oraz języku. Przykłądowo:  pociągi i autobusy nie jeżdżą do San Sebastian, ale do Donostii ;-)

Apostoł i święty Jakub Starszy, którego szczątki spoczywają podobno w Santiago de Compostela

Na Camino de Santiago pielgrzymowanie jest aktywnością zorganizowaną. Wzdłuż trasy znajdują się schroniska (albergue), w których wędrowcy mogą się zatrzymać. Koszt noclegu to donativo, czyli polskie „co łaska” , przy czym podobnie jak w naszych kościołach może to oznaczać „ale nie mniej niż…”.  By zostać przyjętym w „prawdziwym” albergue należy posiadać credencial, czyli tak zwany „paszport pielgrzyma”, który można otrzymać w licznych stowarzyszeniach przyjaciół Dróg św. Jakuba. Oczywiście na wędrowcach zarabiają też zwykłe schroniska i hostele, działają również przewoźnicy, którzy dostarczają bagaże z jednego punktu trasy do kolejnego, tak, by pielgrzym nie musiał dźwigać plecaka kg 20+.


Nie, nie zaliczyłam żadnego etapu Camino, choć kilkakrotnie przebyłam krótkie odcinki pokrywające się z tym szlakiem. Najciekawszy był ok. 8 km spacer z Donostii do Pasaia do San Juan. Zasadniczo po drodze św. Jakuba, tyle że… do tyłu. Pielgrzymkowo raczej się nie liczy, wspomnieniowo - jak najbardziej ;-).  
*****************

Cel wędrówki - Pasaia de San Juan - znajduje się po drugiej stronie tej górki. Nie wydaje się szczególnie wysoka, ale ponieważ zaczynamy dosłownie z poziomu morza to jakoś rośnie w czasie wspinaczki.


Nie trzeba wspinać się na szczyt góry tylko po to, żeby dowiedzieć się, czy jest wysoka.

Rzut oka w tył, czyli na plażę, z której wyruszałam.

Sam szlak nie jest zbyt trudny, ziemno-kamienisty, częściowo prowadzi przez tereny leśne. Właściwie cały czas idzie się po zboczu góry, z jednej strony mając dość stromy spadek. Mi osobiście przeszkadzało śliskie błoto, no i to, że ścieżka nieustannie falowała, dopasowując się do ukształtowania terenu. Zabezpieczeń brak, nawet przy fragmentach bardziej urwistych.
Pewnym problemem mogą być też dość słabo widoczne oznaczenia, zwłaszcza jeśli chce się iść dokładnie szlakiem św. Jakuba. Może się okazać, że ktoś zabłądzi na „niekanoniczną” część trasy...

 
baczne obserwowanie drogi.

Wszystko jednak wynagradzają widoki.
Gdziekolwiek zapragniesz ujrzeć oblicze Boga, 
tam je zobaczysz.
Na tym fragmencie trasy nie ma zbyt wielu miejsc na odpoczynek - zbocze jest zbyt strome, by można było wygodnie się rozłożyć. Na szczęście mniej-więcej w połowie drogi znajduje się "okrągły stół" i źródełko (ok, mam nadzieję, że to było źródełko ;-)
Na końcu naturalnego szlaku znajduje się niewielki parking, placyk, kilka ławek i kosze na śmieci. Można tam zboczyć z trasy, by odwiedzić latarnię morską Faro de la Plata. Niestety podczas mojej wyprawy trwał akurat okres lęgowy jakiegoś ptactwa i droga była zamknięta, mogłam więc jedynie zrobić zdjęcie z oddali.
 
A latarnia z drona wygląda tak:
żródło
źródło
Od placyku w dół prowadzi asfaltowa szosa. Schodzi się nią wygodnie, ale podejrzewam, że wchodzenie musi być męczące. W dole pojawia się zatoko-ujście (nie wiem, w którym miejscu kończy się rzeka i zaczyna morze, stąd ten słowotwór).

Na przeciwległych brzegach przycupnęła dwuczęściowa miejscowość, która była moim celem. Najpierw trafia się do większego, bardziej zwyczajnego Pasaia de San Pedro. Następnie należy przepłynąć motorówką na drugą stronę, do Pasaia de San Juan.


To bardzo kolorowe, pocztówkowe miejsce, nastawione mocno na turystów. Zwłaszcza w reprezentacyjnej, rozciągniętej na wąskim nabrzeżu części.

Niezwykłe można spotkać na ścieżkach zwykłych ludzi.

Po tak miło spędzonym dniu jeszcze powrót (autobusem) do punktu wyjścia - na plażę Zurriola w Donostii.
Nie, to nie grzech być szczęśliwym.

We wpisie wykorzystałam cytaty z książki "Pielgrzym" Paulo Coelho.

Wszystkie drogi prowadzą do Firy (Santorini cz. 5 - i ostatnia :-)

Z pisaniem o Firze jest pewien problem. Mianowicie pod względem turystycznym to taka większa, mniej skondensowana Oia. Białe domki na zboc...